Łatwo przychodzi nam ocenianie innych.
Szybko wyrabiamy sobie zdanie. Komentujemy czyjeś zachowanie. Dopowiadamy historię, której tak naprawdę nie znamy. Wystarczy jedno słowo, jeden gest, jedno zdarzenie – i już wiemy „lepiej”.
A przecież jednocześnie tak bardzo nie lubimy, gdy ktoś ocenia nas. Gdy ktoś patrzy powierzchownie, nie znając naszych intencji, zmęczenia, bólu czy drogi, którą przeszliśmy.
Coraz częściej łapię się na tym, że nigdy nie znamy całej prawdy o drugim człowieku. Nie wiemy, co właśnie przeżywa.
Z jakimi lękami się zmaga. Jakie niesie w sobie rany. Co wydarzyło się w jego życiu chwilę wcześniej. A mimo to potrafimy bez wahania postawić wyrok.
W takich momentach wracam myślami do ewangelicznej sceny spotkania Jezusa z kobietą przyłapaną na cudzołóstwie. Jak bardzo ludzie byli wtedy pewni swojej racji. Jak chętnie chcieli ją osądzić i ukarać. Jak łatwo przyszło im wskazywanie palcem.
I jak zupełnie inaczej zachował się Jezus.
On nie zaprzeczył prawdzie o grzechu. Ale też nie pozwolił, by człowiek został zredukowany do swojego upadku. Jednym zdaniem obnażył serca oskarżycieli, przypominając im, że każdy z nas jest grzeszny, że każdy upada, że nikt nie jest bez winy. A potem zwrócił się do tej kobiety z czułością i miłosierdziem, mówiąc: „I Ja ciebie nie potępiam. Idź, a od tej chwili już nie grzesz!” (J 8, 11b).
Te słowa zawsze mnie poruszają. Bo uświadamiają mi, jak wielka jest Boża miłość. Miłość, która nie potępia, ale podnosi. Która nie przekreśla, ale daje szansę. I która zaprasza do zmiany – bez krzyku, bez upokorzenia, bez kamieni w dłoniach.
I wtedy zaczynam rozumieć, że nie jestem powołana do oceniania, ale do miłości. Do zrozumienia. Do milczenia tam, gdzie nie znam całej historii. Bo jeśli Jezus – jedyny bez grzechu – nie potępia, to tym bardziej ja powinnam nauczyć się patrzeć na innych z większą pokorą i miłosierdziem.
Właśnie o to chodzi w chrześcijaństwie – zanim ocenimy, zatrzymajmy się. Spójrzmy sercem. I zostawmy osąd Temu, który zna nas wszystkich do końca.
Emilia